poniedziałek, 10 listopada 2014

Con tiempo latino

Post pisany w ukryciu, bo Piotr zakazał pisania postów, w których nie ma napisane o której jedliśmy śniadanie.


W Polsce wszystko się planuje. Co będę jadł na kolację, co się stanie jeśli zacznie padać deszcz, czy mam wystarczająco zapasów, żeby przeżyć zimę, dokąd zmierza moje życie, kiedy będzie mój ulubiony serial?


Latynosi niczego nie planują. Żyją tu i teraz. Teraz sobie siedzę na ławeczce, a co będę robił później to się zastanowię jak przestanę siedzieć na ławeczce. Jestem głodny? Wyciągam rękę i z drzewa zrywam owoc. Zima? Tu jest wieczne 20scia kilka stopni.



Latynosi żyją stanem obecnym. Jeśli coś działa to nie trzeba ruszać, tak dziadek zrobił 100 lat temu, to po co się inwestować pieniądze, czas i siłę na coś co już działa.

Lotnisko w San Andres. Jedno z mniejszych z których odlatywaliśmy. Z 5 lotów ciągu dnia. Przed wejściem pan oferujący, czynność której potrzeby dalej nie zrozumiałem, czyli owijanie bagażu folią. W Europie jest do tego maszynka która robi bzzzz i wypluwa przezroczystą kulkę. Tutaj jest pan, który stoi rolką foli śniadaniowej i obkręca twoją walizkę wprawnym ruchem, tak aby zrobić powiększoną wersję kanapki do szkoły.
To samo lotnisko kilka metrów dalej przy desku do checkinów. Zostawiamy bagaż. W Europie nasze plecaczki odjeżdżają na taśmociągu, gdzieś w odmęty lotniska. Tutaj jest Pan Taśmociąg, który przenosi każdy bagaż, w jakieś sobie znane tylko miejsce. 



Jedziemy autobusikiem, gdzieś zgubieni w Valle de Cauca. Zatrzymujemy się na światłach, ktoś podchodzi z deską do autobusu, uderza deską w opony, krzyczy coś do kierowcy, odjeżdżamy. Po godzinie jazdy zatrzymujemy się w jakiejś wiosce, obok chaty z napisem Wulkanizator. Okazuje się ze mamy flaka. Co by zrobili Europejczycy? Wszyscy wychodzą, odholowuje się autobus, wzywa zastępczy. Co robią Latynosi? Podchodzi pan wulkanizator z wężykiem, pompuje opone, kiedy wszyscy pasażerowie są dalej w autobusie. Kierowca płaci 5k COPow i odjeżdżamy. Nie którzy się nawet nie zorientowali.




Hostel na San Andres. Jadalnia na 5 piętrze. Widok ładny, więc okien wstawiać nie warto. A że raz, na jakiś czas popada do środka, tak że robi się basen w środku? Woda ma to do siebie że wyparowuje sama. A okna, to trzebaby wstawiać, remont robić. Jest dobrze jak jest. 

Bo nic nie robić to trzeba umieć.








niedziela, 9 listopada 2014

Z San Andres do Cali!

5.11.2014
Nie przyjmowałam do świadomości, że sezon deszczowy sięgnie San Andres, nie chciałam raczej przywoływać myślami deszczu i... i tak wszystko na nic. 
PADA... Mocno pada.. Jest sztorm. Wieje i świszczy, rzuca żabami i wyrywa z butów. Widocznie od dłuższego juz czasu, bo z 3-go piętra dostrzec można, że na ulicy szkli się lustro wody mierzwione kolejnym opadem.


Co robić na karaibach, których wyidealizowane wyobrażenie pękło na moment w mokrym pejzażu zza okna  hostelu El Viajero?



No nic, wstawaliśmy dumnie i wytrwale, aby zjeść śniadanie z polskimi zwyczajami (kuchnia na szczycie naszego penthouse'a z tarasem, a raczej prawie basenem, gdyż okien brak - wyglądała uroczo). Codziennie tościki z dżemorem, kaweczką i świeży soczuś z marketu na dole. Mniam ;) I tak na przeciw przygodzie!



Tak było jeszcze w środę... 



W czwartek:

Poszło troje kamratów na lotnisko San Andrés, upalny dzień, właściwie to opuszczamy wyspę... hmm, aż dziw, że akurat na nasz wyjazd pogoda wydaje się kipieć słońcem i gorącem jak przystało na karaiby... 



Odprawiliśmy się expresowo i pod eskortą Pani stewardesy przeszliśmy do samolotu. Spotkaliśmy parę Niemca i Kolumbijkę, na których wpadliśmy na wyspie 2 razy w 2 rasta barach. Przypadek, że i teraz z nimi lecimy? Alicia pomaga nam okiełznać mapę Cali i już jesteśmy gotowi na nowe przygody!


* Z cyklu, spostrzeżenia Anny:

Jako, że od kilku miesięcy jestem dumną i szczęśliwą posiadaczką aparatu ortodontycznego muszę z całą swą radością wyznać, że San Andres (jak na razie tylko wyspa, później okaże się również czy reszta Kolumbii) to RAJ APARATÓW! 


Gdzie się nie obejrzę, z kim nie porozmawiam, aparaty robią tu nielada furorę! A że Kreole i Kolumbijczycy tu mieszkający są z reguły ciemno/czarnoskórzy to wygląda to prze-pię-knie! Noszą je nawet kiedy wcale nie mają za wiele do poprawy! Np. Czarny kolega z lodzi zabierającej nas na Johny Cay miał czarny! aparat, co wyśmienicie mu pasowało. Koleżanka z recepcji w hostelu miała turkusowy, pod kolor oczu... Można by tu wymieniać tą tęczę barw! Tylko mój aparat, szary i nudny - sprawę koloru będę musiała jeszcze raz przemyśleć.



Cali

26 stopni, mniejsza wilgotność. Wsiadamy w autobus do centrum miasta za 5k COP (ok.18 km), kiedy reszta pasażerów płaciła po 3k (czyżbyśmy zostali potraktowani jak gringo?). W połowie drogi, wsiada na chwilę chłopiec, żeby spisać liczbę pasażerów i liczbę bagaży nie wiadomo po co... Jedziemy i podziwiamy Valle de Cauca, czyli dolinę Cauca. Piękne góry, których szczyty toną w gęstych chmurach, plantacje kukurydzy i horyzont pełen drzew przypominających mniejszą wersję baobabu - są płaskie, co powoduje wrażenie spłaszczonej rozdzielczości ekranu LG, śmieszny efekt ;)


Dojechaliśmy do Terminal de Buses i wskoczyliśmy do taxi. Taxista załadował wszystkie nasze plecaki na przednie siedzenie tak, że chyba całą drogę jechał na 1 biegu. Po kilku chwilach, ostrych hamowaniach i prawie kolizji - taxowkarz się... zgubił ;) Wyjęliśmy więc GPS Piotra i nawigowaliśmy taxiarza aż do hostelu ;) Okazało się, że to adres podany w Internecie był niepoprawny.


Szczerze mówiąc, nie widziałam jeszcze takiego rozgardiaszu na ulicy. 5 pasów ruchu, ale wszyscy chcą wjechać akurat na nasz. Dobrze, że zmieściliśmy się na tylnym siedzeniu, bo jadąc z przodu można by wyjść z mokrymi gaciami po minucie ;)



Warto jeszcze ogarnąć kwestię adresów w Kolumbii. Jak się połapać w liczbach, krzyżykach i przedziałach liczbowych? Ano, dowiedzieliśmy się, że system opiera się na ulicach Carreras i przecznicach Calles ustawionych mniej więcej pod kątem, prostym do siebie. Na przykład, Calle 16 # 2-84. Cel znajduje się na ulicy 16 za skrzyżowaniem z droga 2 w odległości 84 m od tego skrzyżowania. Bardzo mi się podoba - porządek musi być. I jest do momentu, aż przejdziemy do diagonal, czyli rozwidleń w  kształcie " Y" dróg calles i rozwidleń ulic, carreras których nazwę zapomniałam ;) 




Wreszcie Hostel Caelum. Kąpiel, szybka oprowadzka po głównej ulicy przez właściciela hostelu, żeby wreszcie dotrzeć na obiad w okolicy San Antonio, imponującej dzielnicy Cali. Dla odmiany wybraliśmy Pita Majita, arabska kuchnia pełna humusu, pita (taka do kebaba podobna bułka tylko mniejsza), itp.








Wieczorem piwko w naszym hotelowym ogródku z właścicielem, Alvaro i jego przyjaciółmi i wyjście do Tin Tin Deo! Ze wszystkich miejsc, w których tańczy się salsę, to z pewnością utkwi mi w pamięci na bardzo długi czas... Tańcząc z Piotrem kubańską na pewno troszkę się odróżnialiśmy, co poczułam tańcząc z wymiataczami Cali! A myślałam, że już całkiem nieźle mi idzie ;) Chylę przed nimi czoło...


* Z cyklu, złote myśli Macieja dobra rada:



Salsa w Cali jest podniesiona do roli religii. A Tin Tin Deo jest jak Watykan dla tutejszych salseros.

Klub, który z zewnątrz wygląda jak budka z hotdogami wewnątrz kryje prawdziwą świątynię salsy. Myślałem, że znam się na salsie trochę. You know nothing John Snow.


Absolutnie każdy tutaj jest mistrzem salsy w naszym rozumieniu. Każdy z nich mógłby mieć własną szkołę salsy w Krakowie. Każdy tańczy inaczej. Tutaj nie ma technik, rozliczania, czy ustalonych schematów. Każdy tańczy tak, jak to czuje i za każdym razem jest to zjawiskowe. Razem sprawia to wszystko ze stoi się z zrozdziawioną szeroko szczęką, patrząc jak zahipnotyzowany na wirujący tłum.



Salsa kolumbijska różni się od tego co my znamy pod pojęciem salsy. Tutaj drobi się kroczkami bardzo szybko, czasem przypomina to nawet rock'n'rolla (szczególnie odmiana salsa choque). Nie ma natomiast za wiele figur i węzłów w naszym rozumieniu.



7.11.2014



Wstaliśmy. Tak, wstaliśmy. Bezsilnie stąpamy pod zimny prysznic i na śniadanie.

Postanowiliśmy zajrzeć jeszcze raz na dzielnicę San Antonio, zobaczyć Cali z góry i napić się Macondo café con Lulo (owoc uprawiany w Kolumbii) oraz dwóch kombinowanych koktajli z owcami. Piotrek krzywi się przy kawie i ratuje kubki smakowe jedząc Brownie z lodami;) Trzeba im przyznać, że poczucie smaku mają czasem zaskakujące ;)






Do następnego razu!

Anna vel Anna

środa, 5 listopada 2014

Piraci są wśród nas


Pamiętacie czasy pierwszej fascynacji facebookiem? Kiedy wszyscy zmieniali sobie język na piracki? Wyobraźcie sobie, że jest miejsce na tej ziemi gdzie mówi się dokładnie w ten sposób.. Gdzieś na Karaibach jest wysepka, gdzie żyją Kreole, potomkowie brytyjskich piratów. Ich język nie wiele się zmienił od tego czasu, brzmi jak by zatrzymał się w wieku XVII. Jedyna różnica jest taka, że mieszkańcy zamienili czapki pirackie na czapeczki rasta z wystającymi spod niej dredami. A rabunki przestały być ich głównym sposobem zarobku, w zamian dając spragnionym słońca gringo zimne drinki serwowane prosto z kokosa.


To miejsce nazywa się San Andres, wysepka zagubiona gdzieś na środku Karaibów, dziwnym zrządzeniem historii trafiła pod władanie Kolumbii.





Tutaj czas się zatrzymał. Wszystko robi się wolniej i spokojniej. Kiedy jest się otoczonym rajską wysepką, palmami, flagami czerwono-żółto-zielonymi, dredami czy wszechobecnym reggae, zapomina się o codziennej gonitwie, problemach i planach emerytalnych zusu. Żyje się tu i teraz. W dodatku wszyscy zapewniają, że  if you kom to os my friend, everything gonna be alright man

Każdy potrzebuje czasem takiego mentalnego resetu. Zatrzymać się, popatrzeć daleko w morze i zastanowić się nad tym dokąd zmierzamy.



Z cyklu Maciej dobra rada. 

Najlepiej kiedy człowiek uczy się na cudzych błędach. Dobrze jeśli na swoich. Ale nie. Mimo, że pierwszy  z listy Powody dla których warto mieć dziewczynę, czyli zjarane plecy, został wpisany na listę już w Rio de Janeiro, to San Andres  przypomniał o istnieniu listy już drugiego dnia naszego pobytu.

Cóż, moja klata przybrała teraz kolory w sam raz na dzień niepodległości. Z przodu biała, z tyłu czerwona z rozpaczliwymi próbami wtargnięcia  palców na teren pleców..

Drogi świecie musi być jakiś inny sposób..


Z pozytywów wyjazdu, mija 5 dzień naszej wycieczki a licznik spotkanych Polaków, w dalszym ciągu wynosi 0! Ech piękny kraj!

Co prawda, w barze rasta pośrodku niczego dowiedzieliśmy się, że gdzieś na krańcach wyspy, żyje tam Polak w swojej chatce od 30 lat, ale dopóki nie zobaczę cara de patatas, nie uwierzę.





Ponieważ Piotr nakazał pisać również pamiętniczek-dzienniczek, żeby już w 2035 roku wydać premierowy film z Kolumbii, poniżej znajdują się urywki pamięci tego co się działo.

Dziennik kapitański, dnia 5 listopada anno domini 2014

Plany były ambitne, wstać skoro świt o 7, żeby pójść na nurkowanie,  gdzieś daleko. Wyszło jak zwykle, czyli wstaliśmy ledwo, żeby zdążyć na śniadanie przed 10. Musieliśmy wygospodarować czas dla naszych wiernych fanów (pozdrowienia dla Mamy!), więc pisanie pościków na blogaska zeszło do 13. Zupełnie bez celu (jak to się mogło stać Piotrze?) poszliśmy na plaże. 
Z ciekawostek i różnic pomiędzy Brazylią a Kolumbią. Trochę rozczarowujące jest podejście do owoców. Wydaję się, że na tej rajskiej wysepce wszystko jest importowane. Jedynie naturalnie rosnącą rośliną jest kokos. Wszystkie soki, które w Brazylii można było spotkać na każdym kroku wyciskane z owoców, tutaj są przygotowywane z zamrożonej pulpy. Próbowaliśmy dwóch soków, których nazwy nie zapamiętaliśmy, prawdopodobnie nie mają też tłumaczenia na angielski. Smaki trudno porównać do czegokolwiek co znamy, więc powiemy tylko że kolejny dziwny smak w Kolumbii zaliczony.

Samo przez się wyszło, żeby wypożyczyć skutery wodne. Cena normalna 90k COP za 30 minut. Polaki biedaki bez targowania niczego nie zrobią, więc skończyło się na 100k COP za 50 minut. Frajda na maksa, wiatr we włosach, słona woda w oczach, obita dupka od skutera podskakującego na falach.
Po emocjach przyszedł czas na paszing powszedni. Skończyło się na rybce w knajpce Miss Celia, z wyjątkiem Ani, która poczuła wyjątkową miętę do kraba i wzięła wszystko co było w menu z kraba.
Po powrocie do hostelu zaczęło padać, tak jak w Polsce nigdy jeszcze nie padało. Ściana wody przez 6h. Dalej pada. Rzeka płynąca przez ulicę.
Polaki postanowiły mieć gest i poczęstować hostel, z okazji ich ostatniego dnia w San Andres polską wódeczką. Wszyscy mówią "muito gostosa". Producentowi Rudej polecamy wprowadzić czym prędzej produkt na rynek brazylijski, bo liczba likeów na fejsiku z flaszeczką (już pustą :/) sięga zenitu.

Tymczasem trzymajcie się na fali!
Ma"Tche Tche Tche reche"k

San Andres, Karaiby - raj...?


W Polsce jest tak logicznie. Jak pada deszcz, to pada. Jak nie pada to jest sucho. Jak się wypada, to poprawia się pogoda i jest ładnie.To takie naturalne. Ale nie w naszym „Raju”.
Wstajemy rano – pada. Myślimy co by tu porobić. Myślimy, myślimy, w końcu wymyślamy i co? Nagle te wszystkie czarne chmury znikają i wychodzi słońce. Zmieniamy plan dnia. Wypożyczamy skutery i jedziemy dookoła wyspy, bo jest ładnie. Jest ładnie, jest ładnie, słońce świeci i nagle – pojawiają się te chmury, co wcześniej tak szybko zniknęły. Zaczyna się ulewa. Potem okazuje się, że może padać jeszcze bardziej. Przestaje. Wychodzi słońce, zbieramy się, żeby jechać dalej i co? Znowu ulewa – nie wiadomo skąd. Tak jest właśnie na San Andres, małej, karaibskiej wysepce w porze deszczowej. Zapytacie, co na to prognozy pogody? Ano burze i deszcze niemalże non stop na każdy dzień. Ciężko powiedzieć, czy zawierają więcej prawdy czy więcej kłamstwa. Zgadza się jedynie temperatura: 26-31 stopni.

Jest jeszcze jedna różnica w stosunku do naszych, polskich deszczów. Tutaj deszczem nikt się nie przejmuje. Pada to pada. Przyspiesza się kroku, albo... nie wychodzi się z domu. Tak „po latynosku”. Jak pada deszcze ruch uliczny prawie zamiera, ponieważ jego większość stanowią motory, skutery i półotwarte wózki golfowe, które spełniają tutaj taką samą funkcję, jak auta klasy ekonomicznej w Europie.


Tyle słowem wstępu do klimatu. Ale to jeszcze nie wszystko. Jeśli chodzi o klimat muzyczno kulturowy, to oprócz wszechobecnej muzyki latino: salsy, bachaty, vallenato, cumbia, reggaetonu istnieje na San Andres również bardzo popularna kultura rasta wraz z muzyką reggae. Kreole, czyli „rdzenna ludność”, nie lubią Kolumbijczyków, którzy roszczą sobie prawa do tej wyspy. Jak nie muszą nie mówią po hiszpańsku i żyją sobie spokojnie z dala od San Andreas Town, czyli głównego miasteczka na wyspie.

Poza tym godnie reprezentujemy nasz kraj w świecie.. no przynajmniej w Kolumbii. Zaczęło się od tego, że Maciek usłyszał od czarnoskórego tubylca na imprezie w Bogocie: „Chłopcze, jesteś biały a ruszasz się jak czarny!”. Teraz na San Andres Ania uczy zgraję Brazylijczyków „Hej sokoły” (grając na gitarze). Oprócz tego pokazujemy, że Polacy umieją również tańczyć, niejednokrotnie wzbudzając uznanie lokalnej i przyjezdnej społeczności. Od jakiegoś czasu często w naszym hostelu słychać hasła: „Po-lo-nia!” albo „viva Polonia!” (czyli „niech żyje Polska!”). Miło. Nawet bardzo, szczególnie, że w Europie Polacy są często postrzegani mało pozytywnie.

A teraz wycinki z dzienniczka-pamiętniczka:

2 listopada
Od śniadania próbowaliśmy napisać posty na bloga. Zajęło to kilka godzin, ponieważ internet jest tu masakrycznie wolny. Około 14 wypożyczyliśmy 2 skutery (80k COP) i po małych trudnościach na początku, pojechaliśmy na wycieczkę dookoła wyspy. Po drodze mijaliśmy wioski Kreoli (czyli głównie potomków niewolników przywożonych tu przez kolonizatorów). Zatrzymaliśmy się na chwilę dłużej w miejscu zwanym Benge's place na coco loco, czyli lokalny drink serwowany w kokosie. Również pierwsza rozmowa z rastafarianami.

Kolejną atrakcją miał być zaznaczany w każdym przewodniku "gejzer". Tenże gejzer okazał się dziurą w skale połączoną z morzem. Przychodzące fale wtłaczają wodę w ten kanał, która wytryskuje w górę pod ciśnieniem. Ot cała atrakcja. Jako naiwni turyści, zgodziliśmy się na darmowy parking w zamian za kupno drinka.

W drodze powrotnej, dla odmiany, złapała nas ulewa. Czy naprawdę tak jest w raju?


Po oddaniu skuterów, prysznicu, spotkaliśmy się z Wendy - dziewczyną z Couchsurfing'u. Oczywiście znowu była ulewa, więc pojechaliśmy jej pojazdem (taki melex z silnikiem spalinowym; bez szyb, z daszkiem) do restauracji La Regata na kolację. Jedliśmy owoce morze i ryby. Nie była to najtańsza kolacja w naszym życiu, ale restauracja bardzo klimatyczna.

Zostaliśmy podwiezieni do hostelu, oczywiście cali mokrzy, bo padało. Turbo-drzemka zamieniła się na 2h sen, potem już tylko integrowaliśmy się w kuchni z sympatycznym Brazylijczykiem i Francuzem.


3 listopada
Wybraliśmy się na typową wycieczkę na pobliskie wysepki (tak, jeszcze mniejsze od tej naszej ;) ). Najpierw maleńka El Aquario, na którą przywożone są setki turystów. Hałas, gwar, krzyki... gdzie ten karaibski luz? Wysepka miała dosłownie 30-40 m szerokości. Tu można było snorkelować, ale w sumie nic ciekawego. Dojenie grosików. Stąd można było przejść (dosłownie) na Cayo Rosa (100x150 m), gdzie była mała rasta - restauracyjka.

Ostatnim punktem wycieczki było Johnny Cay. Nieco większa wysepka, kilka restauracyjek i barów, jeszcze więcej setek turystów i ładna plaża. I to wszystko poza sezonem...



Po powrocie, jeszcze mokrzy od chlapiącej w  łodzi wody i oblepieni piaskiem, poszliśmy do restauracyjki zwanej Fisherman Place (również polecana przez nasz przewodnik). Zjedliśmy super smaczne rybki oraz rondon, kolejne typowe tutaj danie gotowane na mleczku kokosowym: mieszanka owoców morza + ślimak + juka + platan + ziemniak + jeszcze pewnie coś.

Prysznic, drzemka i poszliśmy "na kluby". Z racji, że było już po północy, po jakiejś pół godziny impreza w "Coco loco" się skończyła. Poszliśmy więc do innego miejsca zwanego "Aquarius". Tam posiedzieliśmy z turystami z Cali (Kolumbia) i potańczyliśmy nieco.

4 listopada

Jakoś nie mogliśmy się zebrać, po drodze na plażę odwiedziliśmy kilka sklepików i nagle zrobiła się godzina 13... Po burzliwej debacie zdecydowaliśmy się wziąć samochodzik golfowy i pojechać na West View popływać z rurką i pooglądać rybki.


Po drodze złapała nas ulewa i zostaliśmy „zmuszelni” zatrzymać się w rasta barze Big mama. Tutaj właściciel - Sol - zrobił nam 3 wymyśłone przez siebie dinki: Baja Tanga, Big mama i Palo Parado






Po powrocie z West View zjedliśmy po rybce w lokalnej restauracyjce niedaleko naszego hostelu. Niestety jedzenie było raczej kiepskie.

Wieczorem Ania grała i śpiewała ze wszystkimi obecnymi w kuchni, później przenieśliśmy się na ostatnie piętro na taras, gdzie była imprezka i jakieś głupie animacje. Jak na all inclusive w Egipcie...

poniedziałek, 3 listopada 2014

Podboj stolicy, Bogota ...

Migawki z nocy zaraz po przylocie:


Po zjedzeniu lokalnego jedzonka z poprzedniego posta Maćka, ruszamy na podbój klubów salsowych! Przebywamy pół miasteczka przebranych ludzi i trafiamy na klub Quiebra canto.
Salsa na żywo! Raj dla ucha i nóg :) teraz tylko taniec...


1 listopada 2014

Tak więc po dostojnie podanym śniadaniu w postaci jajecznicy z cebula i pomidorkami popijanych prze-mleczoną kawą i pysznym rumianym tościkiem zapakowaliśmy się i wyruszyliśmy na podbój Bogoty w dzień!
  Idealnie ustalony przecież plan troszkę podupadł po rozmowie i dobrych radach gosposi hostelu, która wywróżyła nam deszcze popołudniem. Stąd pierwszym celem, zaraz po Cafe Internet, było wzgórze Monserrate ;) Wyruszamy...




Ile osób może świadomie nie wiedzieć, dokąd prowadzi pytających o drogę trzech gringo? Ile z tych osób jest niepewna, ilu nie chce się dokładnie wytłumaczyć i wyrzucają ramię w losowym kierunku z komentarzem "derecho!"*, a ile totalnie nie wie, co mówi lub chce się zwyczajnie pozbyć zaczepnych białasków?
Zwiedzanie miejsc handlowych w konkretnym celu bez konkretnych wskazówek od rogu do rogu może być zabawne i było, ale to by bylo na tyle ;) Ostatecznie poszukiwania cafejki internetowej zakończyły się powodzeniem, a nawet z bonusem, gdyż oprócz wydrukowanych biletów pan Alfred z Llamadas (kafejka internetowa i budki telefoniczne) pomógł nam aktywować kolumbijski numer telefonu i wreszcie złapaliśmy płynniejszy kontakt ze światem Shakiry.


Monserrate! Wyjazd wyciągiem teleaurico (wyciag), a zjazd kolejka funicular (kolejka). Wzgórze było tak strome, że ciężko było wyobrazić sobie wspinaczkę w górę, czy jakiekolwiek zejście. Na szczycie rozpościerała się przepiękna panorama stolicy z widokiem na nadchodzącą chmurę... Wstąpiliśmy do Sanktuarium, gdzie oko przykuła czarna Madonna z czarnym Jezuskiem. Przeszliśmy dalej i znaleźliśmy sie na targowisku pierdoleciaków :).  Breloczki, święte obrazki, kapelusze, herbata z koki, krzyże, święte mikołaje, kolorowo plecione torebeczki, zabawki, ozdoby, biżuteria... Jedzenie - glównie kurczaki, banany nadziewane serem i marmoladą, mnóstwo owoców i... znów Koka. A tu do wyboru do koloru: Bioherbartki, napar z koki, nalewka z koki... Wszystko pachnie i woła (dosłownie woła), żeby kupić. Próbujemy wiec nalewki z koki i udajemy się do kolejki jadącej w dół do centrum.




Po drodze do Museo de Oro (Muzeum Złota) wstępujemy do małej, przydrożnej kawiarenki i pytamy o "chocolate completo" typowo podawaną z serem. O dziwo pytaliśmy w kilku knajpkach wcześniej i takowego typowego specyfiku nie posiadali. Tu natomiast, trochę znudzona i spowolniona Pani odpowiada - Si. Wspaniale! Siadamy więc wciąż niepewni jak wyglądać ma ten dziwny przysmak. No i jest... Czekolada... Plasterki sera na spodeczkach... Cukier trzcinowy... Pytanie? Jak to się je?
Pani była tak uprzejma, że pozwoliła nam zjeść na swój własny sposób :) A wiec, ser w łapkę jako zagryzka i popijamy czekoladką... Dziwnie, wciąż nam sie wydaje, że przysmak podany w internetach i LP (przewodnik) jest narodowym żartem Kolumbijczyków.



Udaliśmy się do Muzeum i spotkaliśmy się ze znajomym kolumbijczykiem Jairo, który postanowił nam towarzyszyć wewnątrz. Dobrze strzeżone Muzeum posiadało bogatą kolekcję złotych naczyń, biżuterii, narzędzi i wielu wielu innych przedmiotów, które wystawione w gablotach, opiewane legendą o El Dorado przybierały magiczny charakter ukrywanej w nich historii...




Razem z Jairo poszliśmy zjeść obiad. I tu jak zawsze pojawił się dylemat... Czy pójść do miejsca dla mięsożerców czy roślinożerców? Hm tym razem poszliśmy do wegetariańskiej knajpki w centrum La candeleria (wybór uzasadniony brakiem czasu i godnego wyboru w pobliżu) zarządzanej przez kilka kobiet krzątających się od samego wejścia. Dostaliśmy zupkę wiejska z fasolka, yuca, kukurydza itp., a na drugie Lasagne. Do wszystkiego, pyszne naturalne soki z tomate del arbol ("pomidor z drzewa" - owoc, który ma lekką nutę pomidora) oraz drugi, którego nazwy nie pamiętam. Dołączyła do nas znajoma z Couchsurfingu, Ximenita.


Jairo z Ximenita, po usłyszeniu naszego przeżycia z czekoladowym wybrykiem potwierdzają, że owszem to jest tradycyjny przysmak Bogoty i zabierają nas do porządnego miejsca gdzie skosztowalismy go ponownie. No cóż, to i tak nie na nasze kubki smakowe ;)

Odwiedziwszy jeszcze prędko Plaza de Bolivar ruszyliśmy do hostelu po bagaż i pognaliśmy na lotnisko. Po skosztowaniu pysznych soków z marakuji i lolu wskoczylismy do samolotu na 2 godzinki, by znaleźć sie na oddalonej od wybrzeża Kolumbii o ok. 800 km wyspie San Andres...

Przylot do San Andres:

Podmuch ciepła, wilgoć w powietrzu, wiatr... Pierwsze wrażenie. Po deszczu, niezbyt czysto, zapachy w każdej dzielnicy to jedzenia, to drzew, to śmieci, to znów zapach morza zza zabudowania... duszno i wilgotno. Za każdym rogiem muzyka, głośna muzyka.. Salsa, bachata, reggaeton! Bezpańskie psy, leżą.. one tylko leżą albo szukają wody. Maja szczęście, że to pora deszczowa.

Z lotniska do hostelu przeszliśmy piechotą :) ponad 1 km. A wiec i jest, Hostel El  Viajero!


* derecho - oznacza: na wprost, natomiast de recha oznacza: w prawo (tu tkwił problem w zrozumieniu, gdyż my tych dwóch zwrotów nie rozróżnialiśmy)

Ania & Piotr

niedziela, 2 listopada 2014

Długa droga zawsze ma swój cel

Z racji tego  że na San Andres upał zelżał, możemy nadrobić zaległości piśmiennicze:



Z cyklu tipy podróżnicze:
Jeśli chcesz dostać jedzenie w samolocie jako pierwszy, zarezerwuj sobie przy kupowaniu biletu z dostępnych, najdziwniejsze co istnieje. My wybraliśmy hindu, koszerne i wegetariańskie. Przyszło faktycznie jako pierwsze. Jednak ceną za to jest dozgonną wdzięczność pani stewardessy, która przynosi ci paszę z najbardziej przyklejonym uśmiechem ever i tekstem "I brought your SPECIAL food".
Nie przekonał jej nawet turban na mojej głowie, powitanie "jelloł, dis is Raj, how can help you", czy obietnica ze rozliczę jej podatki. Chciałem tunaka odtańczyć, ale kapitan nie chcial puścić muzy...


Dla waszej informacji hindu, koszerne i wegetariańskie niczym się od siebie nie różni, jest taka sama papką, którą odważni nazywają rybą, mi się jednak wydaje ze najbliższe powiązanie z rybą, to fakt ze kucharz oglądał kiedyś "Gdzie jest Nemo".
 
Pierwsze wrażenia z Bogoty:
  • Ruch uliczny jest olbrzymi. Naliczyliśmy po 6 pasów w jedną stronę. A i tak wszyscy poruszają się bardzo powoli.
  • Na każdym kroku jest mnóstwo policji. Sprawia to, ze mimo wszystko czujesz się bezpieczniejszy.
  • Jeśli jest czegoś więcej niż policji, to jest to salsa. Jest chyba obowiązkowa w konstytucji. Jedyna zagraniczną piosenka jaką do tej pory słyszeliśmy to Ai sei ti pego zremiksowana na cumbie.
  • Różnica wysokości (Bogota leży na wysokości 2600-3250 m n.p.m.) robi swoje. Każdą czynność powoduje, że czuje się jakbym przebiegł maraton (nigdy nie przebiegłem). Oddycha się z trudem. Nawet siedzenie męczy. Tubka pasty do zębów przez różnice ciśnień tak się napompowała ze po otwarciu pasta sama wylatywała, a mi tak leciała pasta z paszczy, jakbym miał wściekliznę

Jedzenie:
  • jedliśmy patacony czyli zmiażdżona masa z platanów (zielonych bananów), ugnieciona w formie placka z nadzieniem jak do zapiekanki. Dobre chociaż sam placek raczej bez smaku.
  • Maciej wtrząchnął empanadas z mięsem i sosem glacamole, które pan uliczny sprzedawca powiedział, ze nie są bardzo pica. Są. Boję się poranka.

Halloween
Tak sie akurat zlozylo ze pierwszy dzien naszego pobytu w Kolumbii przypadl na Halloween. Chodząc po ulicach Bogoty i widząc WSZYSTKICH przebranych przechodniów (nawet policjanci mieli pomalowane twarze), zaczęliśmy się zastanawiać, czy Halloween to nie jest przypadkiem narodowe święto kolumbijskie.

Nie wiedzieliśmy tylko czy ludzie się tak dziwnie na nas patrzą, bo jesteśmy gringo czy dlatego, że sie nie przebraliśmy.

Maciek



czwartek, 30 października 2014

W drodze...


Piotr – “jak skomplikować sobie urlop”, część pierwsza: “dzień wyjazdu”

Ostatnie planowanie, pakowanie,  ogarnianie. Ostatnie poprawki w planie, liczenie biletów, pożyczanie śpiworów. Ostatecznie o 3 można było się położyć spać.

Pobudka o 8. Bieg do punktu ksero, żeby wydrukować skrzętnie przygotowywany od miesięcy paln – o tym najważniejszym dokumenciku nikt oczywiście nie pomyślał. Potem jeszcze sprint przez Galerię, żeby kupić pastę do zębów i... ostatecznie udało się wsiąść do Polskiego Busa (10:25).





























5h później znaleźliśmy się w stolycy. Następnie jedyną, słuszną linią metra dostaliśmy się do centrum.



Z racji pory obiadowej uruchomiliśmy Gastronauci.pl i obładowani jak komandosi zjedliśmy pizzę i pastę. Bez wakacyjnej siesty - szybki marsz pod Pajaca Kultury, coby złapać wykupionego Modlin Busa na lotnisko. Jakież było nasze zdziwienie, jak okazało się, że nie ma już miejsc. Nie ma miejsc w busie, na którego mieliśmy bilety na tą konkretną godzinę! No cóż, nasze miejsca zostały sprzedane, podczas gdy czekaliśmy grzecznie w kolejce do drzwi autobusowych. Na szczęście nasz pan - „ogarniacz autobusowy” – zamówił nam taksóweczkę. Tu zaczą się delikatny stres, ponieważ odjechaliśmy pół godziny później a kierowca powiedział, że będziemy jechać 1-1,5h czyli idealnie spóźnimy się na samolot...

Rzeczywistość była jednak jaśniejsza a Opatrzność czuwała. Nie było korków i dokładnie na czas zajechaliśmy na słynne lotnisko Modlin.

I takim oto sposobem jesteśmy właśnie w Barcelonie u Asi - koleżanki Maćka. Jutro pobudka o 6:30 i lecimy przez Madryt do Bogoty.

Maciej myśli:
Jest parę rzeczy na świecie, które są niezmienne od wieków, wszyscy podążają tą samą utartą ścieżką wierząc, że lepiej nie kwestionować tego, co przez lata ewolucji ustaliła Matka Natura. Jak na przykład, po co superbohaterowie noszą majtki na spodniach. Pewnie tak musi być, żeby świat mógł dalej egzystować.
Innym takim zjawiskiem fizyczni-mistycznym jest Polak za granico. Z kamerą i żywiołowym komentarzem, niczym Bogusław Wołoszański, będziemy was przeprowadzać przez meandry tego fenomenu

Nigdy nie przestanie nas zadziwiać podświadoma potrzeba ludzkości do stania w kolejkach. Jak jest kolejka, to trzeba się w niej ustawić, bo jak nie to być może przegapimy miłość naszego życia albo może na końcu tej kolejki rozdają cały zeszłoroczny nakład rozkładówek z Faktu? 
Tak, czy inaczej co wylot widzimy ludzi stojących przy bramkach na 2h przed odlotem, kiedy są już odprawieni, maja przydzielone miejsce to i tak jakaś magiczna siła pcha ich do tej kolejki żeby jak najszybciej przejść przez bramkę. Może to odwieczna potrzeba ludzi, żeby być w czymś najlepszym i nieustannie konkurować i udowadniać, że jest się zwycięzcą. To, że za 100m jest kolejna kolejka tym razem do wejścia do samolotu nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Tam też będę najlepszy.






Idziemy sobie przez przejście podziemne przy dworcu centralnym w Warszawie. Tłumy smutnych ludzi płyną nieprzerwaną falą. Dokądś gnają, lecz cieżko stwierdzić po co? Zastanawialiście się kiedyś kim jest przechodzień obok was?


Pani, na oko 50 lat, ubrana jak najładniejsze panie z epoki Gierka. Pewnie wraca do domu nagotować zimnioków i podlać je ekstraktem z cebuli. Ale może właśnie zmierza na próbę swojego zespołu trash metalowego.. Czasem chciałbym móc  zostać cieniem przechodnia i towarzyszyć mu do końca dnia tak, żeby dowiedzieć się co sprawia że jest tym kim jest się naprawdę. Chociaż boje się, że wtedy można by się zawieść ludzkością juz na zawsze. Tak przynajmniej zostają złudzenia.